Wiersze
Wojciech Brzoska



  prima aprilis

                 dla Izy

   
    odkąd wyjechałaś, podróżuję wraz z tobą

    nieco anonimowo, czekając co wieczór

    na skromnie wydzielaną porcję sms-ów:

    Coburg, Poggibonsi, Siena, Piza-

    mój wzrok na mapie z twoim się zakrzywia

    odbiegając od pionu wręcz nieprzyzwoicie,

    błądząc z węchem po miękkim błękicie morza

    materiału, bliskim temu ciału,

    które czeka na inne, ubrane przedsennie w moją wiosennie

    herbacianą zieleń. " tea- shirt with sea-shirt

    like good morning teacher"-

    wymiana koszulek to taki amulet

    like morning- kiss, well - od pani nauczyciel,

    która jeszcze przed meczem (jakże towarzyskim),

    pamiętając na szczęście o nadzwyczaj bliskim

    sobie uczniu, raczej mimowolnie

    skazuje go na rodzinny trening świąteczny-

    Wisła, narty, rower, plus jakże konieczny

    ciężki sparing z własnymi myślami

    frunącymi już dalej niż sam Adam Małysz

    gdzieś na włoską stronę ( bo już po sezonie).

    może przynajmniej dzisiaj mi się przyśnisz-

    gorąca lub letnia, kiedy zasnę z nadzieją

    chwilę po północy, wierząc, że to wszystko

    było winą złej mocy okrutnego żartu z dnia

    pierwszego kwietnia.

   1.04.2002



    przed wyborami

    podejrzany wiersz z plakatu Zbigniew Szaleniec-

    Blisko ludzkich spraw !

   

    zwierzę mały chłopiec trzyma na rękach psa-

    głaszcze go i całuje. starszy kolega

    dziwi się: "co ty, pojebany jesteś, psa całujesz?!"

    -" wiesz, że psy są dwa razy cieplejsze od ludzi?"-

    odpowiada spokojnie tamten, a dumny ze swojego

    pana pies uśmiecha się tylko pokazując

    język.



    sztafeta

    paczka chusteczek, której zapomniałem z domu

    leży zgubiona po kryjomu

    przez kobietę, mijaną przeze mnie

    w drzwiach autobusu.

    leży, uśmiecha się i czeka

    na mój ruch,

    jednak z nas dwóch

    na następnym przystanku

    schyla się po nią

    ktoś inny.



    * * *

    w Gwiazdę Dawida noszę wpisany Krzyż.

    to jest mój los, który teraz wisi na szyi,

    a kiedyś wisiał na włosku. od kiedy już

    wiem, wszystko co najważniejsze widzę

    podwójnie: dwie matki, dwóch ojców,

    dwa nazwiska, bo od niedawna

    w Gwiazdę Dawida noszę wpisany Krzyż.

    rozumiem już, że MUSIAŁEM zostać

    Jego sługą, aby spłacić największy dług

    życia, które cudem ocalało, a teraz nabiera

    coraz większego sensu. bo każdego

    staram się kochać podwójnie, wiedząc

    ile to naprawdę jest warte. od urodzenia

    w Gwiazdę Dawida noszę wpisany Krzyż,

    więc nie rozumiem tych, którzy
    nienawidzą zamiast kochać.

  *


    niedziela, niewierny

    "esemes" do Pana Boga,

    panie Brzoska ? Jezu, znowu pomyślisz, że Cię

    ignoruję, a ja właśnie jestem w

    kościele i nie wypada mi

    pisać.



    DRUKOWALNOŚĆ

    (kolejny wiersz pretendujący do miana nieomylnego)

        motto :

         "Pańskie wiersze zbliżają się pomału do granicy
         drukowalności, ale póki co jeszcze jej nie
        przekroczyły.(...)Nie ma w nich nieomylności,
        jakiej chcielibyśmy wymagać od literatury."
        Adam Wiedemann
                 (cytat z listu)

   
    Są pewne granice, których nie sposób przekroczyć

    bez paszportu. Są pewne paszporty, które wstydzę się

    kupić. W przejściu podziemnym literatury są pewne

    miejsca, w których sprzedają płynne przepustki,

    grymasy uśmiechów, tanie komplementy. Tam warto

    się męczyć, tam warto nie trzeźwieć.

    Są pewne granice NIEOMYLNOŚCI, po przekroczeniu

    których przestaje się szukać, przestaje się żyć.

    Są pewne granice przyzwoitości, po przekroczeniu

    których nie sposób nie zgłaszać sprzeciwu.

   


Wojciech Brzoska (ur. 1978). Poeta. Jego wiersze publikowano w wielu czasopismach pismach literackich. Wydał tomiki pt. "Blisko coraz dalej" 2000 r. oraz "Niebo nad Sosnowcem" Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2001. Mieszka i studiuje w Sosnowcu.

   

dla Innych na Nasz język
(recenzja frywolna)


    Jeśli Sosnowiec, to Kiepura... Albo Kaden-Bandrowski ciułający obserwacyjki z życia proletariatu śląskiego i piszący na gorąco "Czarne skrzydła". Najpewniej jednak Marcin Baran i jeden z najważniejszych tomów wczesnego "bruLionu" Đ "Sosnowiec jest jak kobieta".

    A jaki jest Sosnowiec Wojciecha Brzoski? Nie mógł być zbyt brzydki, bo wówczas patron finansowy Đ Wydział Kultury Urzędu Miejskiego w Sosnowcu Đ odmówiłby grosiwa. Ale jaki jest płciowo? Jak kobieta czy jak mężczyzna? Wojciech Brzoska wysłowił tu jeszcze jedną ewentualność. Sosnowiec jest jak chłopiec. Jak rozdarta sosna chwiejąca się na wietrze pragnień, marzeń i innych niespełnień. I takiego chłopca Đ raz po raz powołującego się na Kobierskiego Đ przyjął do druku Dunio Wąsowicz ze swoją magiczną lampką w ręce. To kolejne zaskoczenie. Myślę, że pomógł Świetlicki, fragment z niego, działający niczym bufor między sprzecznymi sympatiami estetycznymi autora i redaktora. A co w tym fragmencie? Coś o kobietach i mężczyznach oraz zdarzających się tam historyjkach. I że w zasadzie to wszystko jeśli chodzi o literaturę, o jej prawdziwy zakres.

    Ten swoisty cynizm i celebrowany, rzekłbym Đ retoryczny, naturalizm wieszcza "bruLionu" pomieszał Brzoska z czymś, co można nazwać nutą tajemnicy, wątkiem zaskoczenia transcendentalnego, czego anioł i anielstwo są tylko obiegowymi emblematami. A tak w zasadzie poeci śląscy są samowystarczalni. Siebie jedzą i do siebie piją, częstując się cytatami, przenikając nawzajem siebie i swoje wiersze. Stwarza się tym sposobem specyficzny stan bycia "między wierszami" jak między kolesiami Đ w jakimś bezpiecznym świecie szczelnie zabudowanym, dobrze zagospodarowanym i żywiołowo opisywanym. Na przykład między wierszem Grzegorza Olszańskiego a wierszem Pawła Barańskiego. I tak odbijając się  od cytatów, przeskakując z kępy na kępę cudzego stylu, osiąga się własny styl, charakterystyczny rys poetyckiego monologu.

    W tym głosie jest pretensja. Właśnie od pretensji zaczyna się tom. Od żalu do Adama Wiedemanna, który był odrzucił swego czasu wiersze Brzoski i wygłosił zastanawiającą orację. I dobrze, że wygłosił, albowiem wstrząsnął świadomością aspiranta. I wstrząśnięty aspirant napisał od ręki jeden z najmądrzejszych wierszy, jakie ostatnio wyszły komuś spod ręki. Spod tak młodej ręki. I chociaż pobrzmiewa tu ton grafomanów internetowych mających żal do autorów Đ jak ich nazywają Đ z górnej półki za to, że ci jeszcze piszą wiersze i blokują dostęp czyli łącza, to jednak całość wydaje się być wręcz nienagannie skrojoną w swej sugestywności repliką. Ta krótka dysputa między literackim panem a startującym młodzikiem dotyczy tego, czego od literatury chcielibyśmy wymagać. Starszemu o kilka lat adeptowi pióra wydało się w pewnym momencie, że wie, czego należałoby wymagać od literatury. Młodszy zaś powątpiewa w możliwość ogarnięcia naszych pragnień względem owej. I pisze:

    (...)

    Są pewne granice NIEOMYLNOŚCI, po przekroczeniu

    których przestaje się szukać, przestaje się żyć.

    Są pewne granice przyzwoitości, po przekroczeniu

    których nie sposób nie zgłaszać sprzeciwu.

    Powtarzajmy sobie te słowa ciągle, może nie zgłupiejemy w zadęciu. Niezła mantra przeciw zadufaniu i zmanierowaniu. Bo kim w końcu jesteśmy panowie nominowani i nie (ma rację Brzoska, pisząc, że "W przejściu podziemnym literatury są pewne// miejsca, w których sprzedają płynne przepustki")? Drobinami kurzu na lasce jakiegoś ślepca rozdającego wątpliwe laury i sztuczne uśmiechy.

    Więc się minimalizuje ambicje względem literatury. Włącza się drukarkę na tryb maksymalnego oszczędzania tuszu i oznacza się ten świat, ten światek zaledwie, wierszami zwięzłymi jak pieczątki, potwierdzającymi prawdziwość (!) konkretnej chwili, przeżytej sytuacji, mocno odczutej nonszalanckiej zbitki słów. Zadufanie, nabożeństwo, nieomylność, pewność siebie, świata i literatury stają się antywartościami. Jeszcze raz poprzestać na małym, przez które może, ale niekoniecznie musi, prześwitywać Duże. Z układu literek w otrzymanym właśnie esemesie może wynikać coś, co stanowi o porządku świata. I ten sens, jego momentalne przeczucie, godne są wiersza. Przeżyciem pokoleniowym staje się orgazm, a inaczej mówiąc celebrowanie relacji damsko-męskich oraz ich gorliwy, coraz wymyślniejszy, opis.

    Tak więc cytat z listu redaktora staje się powodem do napisania wiersza. I inne tego typu "teksty źródłowe" poświadczające przeżycie są jak zalążki ideowo-obrazowej fermentacji. Ulotka reklamowa, telewizyjno-radiowy frazes, słowa zasłyszane w tramwaju i na ulicy, zwrot frazeologiczny oświetlony na nowo, tekst z ust wujka matematyka, właściciela hurtowni staników etc. Ostatnie słowa tomu (poniekąd skierowane także do czytelnika) podkreślają ową tekstowość świata branego w kawałkach do wiersza Đ "uważaj co mówisz/ bo zaraz znajdziesz się/ w jego wierszu". Co jeszcze godne jest brania? Jakie jeszcze inne Đ obok tekstów Đ fakty i rzeczy uważane są za źródłowe?

    Lokalizacja bólu. Lokalność czułych miejsc. Czasowniki rodzaju żeńskiego. Byłaś, wzięłaś, chciałaś. Cierpliwie obserwowane drugie "ja", żeńskie, towarzyszące. Razem z nim odbyta wycieczka do Pragi. Szlifowanie chodników (i cmentarnych ścieżek) Sosnowca. Obserwacja nieba i gwiazd. Wreszcie rozpad, znużenie, odejście. I okazuje się, że w tych wierszach opis związku miłosnego (?) dwojga młodych ludzi staje się pretekstem do nakreślenia obrazu ułomności ludzkiego świata. Niestałości, śmiertelności. Nie o orgazm chodziło, a o zachłyśnięcie się śmiercią i śmiertelnością. Limit prób wyczerpuje się szybko. Dochodzi się wówczas do odkrycia, że w istocie każda osobowość pozostaje samotna, jakby zakonserwowana w swoim autyzmie, a uczucia są iluzoryczne, pozorne: "wystarczy/ sięgnąć i tłumaczyć dla Innych na Nasz język. biedne rozdwojenie..."

    Rozdarcie biedne, bo jakby znajome. Teraz wszyscy o nim piszą. I czy nie ma racji Wiedemann? Od literatury trzeba wymagać. Nieomylności? Już ja sto razy wolę się mylić i tyleż razy błądzić z Brzoską, Pluszką, Lekszyckim, Olszańskim, Dąbrowskim, Wabikiem, Franczakiem, Sarną, Nowakowską, Lipszycem, Ożogiem, Niklasińskim etc. niż mieć tę zbutwiałą pewność namaszczonych i nominowanych. Są pewne granice, po których przekroczeniu przestaje się szukać.

    Karol Maliszewski
    Wojciech Brzoska: Niebo nad Sosnowcem. Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2001.